O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Craig Finn „God In Chicago”

To najlepszy opowiadacz historii na dzisiejszej scenie alternatywnej. Jego, właśnie wydana, trzecia płyta jest ich pełna, pełen ich był też nowojorski koncert, podczas którego ten materiał miał swoją sceniczną premierę.

Craig Finn to muzyk, który jest na scenie już od ponad dwóch dekad. I przez cały ten czas tak naprawdę wciąż robi to samo: opowiada historie. Niezależnie od tego, jak można zaklasyfikować muzykę, którą na danym etapie swojego artystycznego życia wykonuje i tak na pierwszy plan zawsze wysuwają się jego teksty. Charakterystyczne, mocne, wciągające. Układają się w jedną, spójną całość: w pasjonującą opowieść o współczesnej prowincjonalnej Ameryce i o zwykłych ludziach, którzy nie zawsze wiedzą, jak sobie radzić z życiem, jak unikać pułapek i uciekać przed lękiem.
Finn, który pierwszą część życia spędził w Minneapolis i małych miasteczkach Minnesoty, miał wiele okazji, żeby obserwować taki świat, a potem okazało się, że potrafi o nim opowiadać, jak nikt inny. Najpierw występował w ocierającym się o pozbawiony agresji punk zespole Lifter Puller, potem, już po przeprowadzce do Nowego Jorku, w rockowej grupie The Hold Steady. A od kilku lat, w przerwach działalności tej formacji, nagrywa solowe płyty, na których eksperymentuje z różnymi gatunkami i pomysłami aranżacyjnymi, ale generalnie trzyma się pogranicza tradycyjnego rocka i folku.
Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego dzieła, płyty o dającym do myślenia tytule „We All Want the Same Things”, wydanej pod koniec marca przez oficynę Partisan Records. To także płyta, na której rock miesza się z folkiem, a aranżacje urozmaicone są przez użycie takich instrumentów jak saksofon czy flet.
Jak to działa w praktyce można się było przekonać podczas nowojorskiego koncertu premierowego tego albumu, który odbył się w City Winery - eleganckiej winiarni, która jako tło piosenek Finna sprawdziła się chyba nawet lepiej niż rockowy klub. Obok wokalisty na scenie stanął spory zespół z pianistą i jednoosobową sekcją dętą w składzie. Pierwszą część koncertu wypełniły premierowe utwory, które na żywo wypadły znakomicie, potem muzycy pozwolili sobie na kilka wycieczek w muzyczną przeszłość Finna, nawet tę najdawniejszą: w repertuarze pojawiły się wspomnienia jeszcze z czasów jego działalności w zespole Lifter Puller.
- Tytuł płyty wydaje się mocno nietrafiony dziś, w czasach, kiedy wszędzie wokół widać tylko podziały - mówił ze sceny Finn. - Ale będę się tego trzymał, wciąż mocno wierzę, że tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego, tylko czasem wydaje nam się, że dociera się do tego zupełnie innymi drogami.
Między utworami wokalista pokazywał, że znakomicie opowiada historie nie tylko w swoich piosenkach - wspominał, jak powstawała najnowsza płyta, dzielił się anegdotami, które dały początek poszczególnym utworom, szczerze opowiadał o czasach, kiedy nadużywał alkoholu. Te osobiste historie opowiadane ze sceny bardzo szybko sprawił, że ten wieczór nabrał niemal intymnego charakteru.
I brakowało już tylko jednego: najdelikatniejszej, najbardziej poruszającej piosenki z najnowszej płyty, utworu „God In Chicago”. I kiedy wydawało się, że koncert bezdyskusyjnie dobiega końca, muzycy zaczęli grać właśnie ten utwór. Podczas tych kilku ostatnich minut występu, w klubie zapadła absolutna cisza, a opowiadana przez Finna na poły smutna, na poły zabawna i radosna historia, zdawała się stawała z każdym słowem się coraz bardziej realna. Nie można było sobie wyobrazić lepszego zakończenia tego znakomitego koncertu.
Trwa ładowanie komentarzy...