O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Cosmonauts „Party At Sunday”

Cosmonauts to zdecydowanie nie jest jeden z typowych zespołów z Burger Records. Choć grupa nagrywa dla tej wytwórni, kojarzącej się dość jednoznacznie z garażowym rockiem, jej członkom bliżej raczej do klasycznego shoegaze’u, mocno podlanego psychodelią.

Grupa Cosmonauts, czwórka muzyków z Los Angeles, istnieje już od wielu lat, ma w dorobku cztery płyty długogrające, ale nadal nie doczekała się większej popularności. Wiosną zespół koncertował w Stanach u boku innej kalifornijskiej formacji, The Molochs. Wspólne występy były znakomitym pomysłem m.in. w tym sensie, że muzyka obu zespołów współgra ze sobą w bardzo ciekawy sposób.
I wcale nie chodzi o to, że grają podobnie, bo wcale tak nie jest. Raczej o to, że ich twórczość oparta jest na dość podobnym założeniu: przepisywania na współczesną estetykę, na dodatek - na wrażliwość bardzo mocno kojarzącą się z Kalifornią, muzyki sprzed wielu lat i z zupełnie innych stron. O ile The Molochs prezentuje swój pomysł na transkrypcję specyficznej dla połowy lat sześćdziesiątych mieszanki rocka, soulu, r’n’b i psychodelii, o tyle muzycy Cosmonauts odświeżają raczej o dwie dekady późniejszy alternatywny rock. W obu przypadkach przynosi to znakomite efekty.
Podczas nowojorskiego koncertu w ramach tej trasy, muzycy The Molochs w pięcioosobowym składzie zaprezentowali granie bardzo gęste i zróżnicowane pod względem brzmieniowym - to ostatnie opierało się przede wszystkim na umiejętnym wysuwaniu na pierwszy plan a to gitarowych riffów, a to klawiszowych pasaży, granych na klasycznej Farfisie. Niemal zaraźliwie chwytliwe kompozycje, takie jak „Charlie's Lips” czy „No More Crying”, od razu wpadały w ucho, nawet tym, którzy nigdy wcześniej ich nie słyszeli. A momenty, kiedy gitarzyści grupy śpiewali melodyjne chórki dodawały piosenkom grupy wyjątkowego uroku.
Kiedy na scenę weszli muzycy grupy Cosmonauts, publiczność mogła od razu odnieść wrażenie poważnego przesunięcia w czasie. Nie było mowy o klawiszowych akordach i popowych chórkach, wskazówka przesunęła się bardzo mocno w stronę gitar, wyraźnie było też słychać, że stężenie psychodelii poważnie wzrosło.
Na żywo jeszcze bardziej niż na płycie sprawdziły się znakomite pomysły kalifornijskich muzyków na konstruowanie piosenek: z jednej strony - stopniowe zagęszczanie z każdą minutą ich struktury, z drugiej - sprawianie wrażenia, że obaj gitarzyści grają zupełnie coś innego i zmierzają w zupełnie innych kierunkach, by w pewnym momencie spotkać się gdzieś w pół drogi we wspólnym wybuchu skondensowanego hałasu.
Ważnym elementem tej układanki była też żywiołowość muzyków na scenie: pozorna stateczność pracowitej sekcji rytmicznej i nieustanny ruch obu gitarzystów, dzielących się bardzo skutecznie obowiązkami wokalnymi. Wisienką na tym smakowitym torcie były krótkie momenty, w których - często zupełnie znienacka - na pierwszy plan wysuwały się zaskakująco czysto brzmiące, niemal popowe melodie. Wtedy zupełnie jasne stawało się, że w tym całym zgiełku i zamieszaniu na scenie kryją się po prostu znakomite piosenki.
Trwa ładowanie komentarzy...