O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Cloud Nothings „Modern Act”

Nowy singel, nowa płyta, seria koncertów - grupa Cloud Nothings budzi się z krótkiego letargu. I to budzi się z wielką energią.

Ogłoszenie - niemal na ostatnią chwilę - że zespół Cloud Nothings zagra koncert w Nowym Jorku, wywołało prawdziwą gorączkę wśród miłośników alternatywnego grania. Bilety rozeszły się błyskawicznie, a chętni żeby zobaczyć ten występ tłoczyli się przed klubem, licząc na to, że może ktoś będzie chciał sprzedać swoją wejściówkę.
Koncertowi miała towarzyszyć specjalna otoczka - grupa miała wystąpić w klubie Market Hotel, bardzo ważnym miejscu dla nowojorskiej sceny alternatywnej, prawdziwym wzorcu dla wieku innych klubów, funkcjonujących niezależnie od korporacyjnych sieci. Miał to być powrót bardzo symboliczny - zespół kilka lat wcześniej wystąpił podczas otwarcia Market Hotelu. Koniec końców nic z tego nie wyszło - w oczekiwaniu na koncesję na sprzedaż alkoholu, właściciele klubu postanowili kilka koncertów przenieść do innych miejsc. Cloud Nothings można więc było ostatecznie zobaczyć w Villain - niedawno otwartej sali koncertowej w przerobionym budynku przemysłowym na Williamsburgu.
Koncert był ważny nie tylko dlatego, że był pierwszym występem zespołu w Nowym Jorku od półtora roku, ale także dlatego, że był w ogóle powrotem grupy do aktywności po sporej przerwie. A jak się okazało następnego dnia - koncertem, który poprzedzał ogłoszenie przez zespół daty wydania nowej płyty i publikacji promującego ją singla. Piosenka zatytułowana jest „Modern Act” i można ją było w Villain usłyszeć zupełnie przedpremierowo.
Przez dwa niezwykle intensywne lata zespół był w niemal nieustającej i niekończącej się trasie koncertowej - grał wszędzie, gdzie tylko byli fani, którzy chcieli zobaczyć go na żywo: w mniejszych i większych klubach na kilku kontynentach, na mniejszych i większych festiwalach na całym świecie. Ogromna ilość występów dała muzykom niezwykłą biegłość na scenie i zapewniła grupie w pełni zasłużona opinię jednego z najlepszych zespołów koncertowych świata.
Ale musiała też być męcząca na rożne sposoby - nic więc dziwnego, że muzycy postanowili zrobić sobie przerwę. Pomijając nawet powody osobiste, których z pewnością nie brakowało, chodziło też z pewnością po części o kwestie związane z komponowaniem i nagrywaniem piosenek na nową płytę. Przecież poprzednia, znakomita „Here And Nowhere Else” liczy sobie już dwa lata. I wygląda na to, że muzycy nie tracili czasu: nowy album, „Life Without Sound”, zapowiadany jest już na koniec stycznia 2017 roku.
A sam koncert? Był taki jak chyba zawsze w przypadku tej grupy: pełen energii, entuzjazmu i radości. Pełen świetnych piosenek i dobrej zabawy. Cloud Nothings to nie jest może zespół, którego członkowie na scenie wykonują jakieś ekwilibrystyczne ewolucje, skaczą czy obijają się o siebie czy o widzów. Ale w ich przypadku nie jest to wcale potrzebne, żeby stworzyć na scenie widowisko, od którego nie sposób oderwać wzroku.
Ani przez moment nie można było odnieść wrażenia, że ci muzycy mieli jakąkolwiek przerwę w graniu koncertów. Byli perfekcyjnie zgrani, znakomicie umieli sterować dramaturgią swojego występu i emitować niezwykłą energię. A na sam koniec zaserwowali słuchaczom imponująca, kilkuminutową kakofonię, sporą dawkę improwizowanego hałasu na rozkręconych do oporu gitarach. Po czymś takim było jasne, że jakikolwiek bis byłby co najmniej nie na miejscu. Ale nikt na to nie narzekał.
Trwa ładowanie komentarzy...