O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Creepoid „Dried Out”

Wysoka, krótko obcięta blondynka z gitarą basową wpada w prawdziwy trans, instrument odbija się jej od bioder i zdaje się lecieć w powietrze. Ale za każdym razem chwyta go pewnie, żeby wydobyć kolejne dudniące z głośników dźwięki. To najmocniejszy obrazek, który zostaje w głowie po koncercie grupy Creepoid.

Creepoid to jeden z wielu ciekawych, choć niezbyt docenionych, amerykańskich zespołów, odświeżających w nader nowatorski sposób tradycję mocnego i głośnego gitarowego grania z lat dziewięćdziesiątych. Jednym z zespołów bardzo licznej amerykańskiej nowej fali shoegaze.
Grupa powstała pod koniec pierwszej dekady nowego wieku w Filadelfii, a jej członkowie związani byli wcześniej z miejscową sceną punkową i nabierali doświadczenia, grając w licznych lokalnych kapelach, robiących hałas w piwnicach, garażach i na koncertach w prywatnych mieszkaniach. Kiedy połączyli siły i postanowili założyć nowy zespół, od początku wiedzieli, że trochę już zmęczyło ich granie prostych, punkowych utworów i chcą spróbować swych sił w czymś trochę innym.
Postawili więc bardziej na charakterystyczną dla shoegaze’u brudną melancholię i znacznie bardziej niż w przypadku zespołów punkowych przybrudzone i rozmyte gitarowe brzmienia. Ale nie porzucili punkowej dynamiki i energii.
Od 2010 roku intensywnie pracują nad kolejnymi nagraniami i wydawnictwami - mają dziś w dorobku trzy płyty długogrające i kilka epek.
Ich ostatnie wydawnictwo to pełnowymiarowy album, zatytułowany „Cemetery Highrose Scum”, który ukazał się nakładem Collect Records już prawie rok temu. W ramach jego promocji muzycy zagrali w najważniejszym miejscu dla zespołów, które chcą zwrócić na siebie uwagę branży i dziennikarzy - na tegorocznym festiwalu South By South West w Austin w Teksasie. A zaraz potem wyruszyli na wspólną amerykańską trasę z zespołami The Dirty Nil i Restorations, żeby przez prawie miesiąc prezentować swoją nową muzykę na żywo.
I to był znakomity pomysł. Bo prawdziwą siłę tego zespołu - jak to się zresztą często zdarza w przypadku tego typu grania - widać jednak dopiero na koncertach. Na scenie, wzmocnione całą baterią głośników, brzmienie zespołu nabiera właściwego wymiaru. Przybrudzone niemal do przesady brzmienie gitary robi ogromne wrażenie, zamieniając się momentami niemal w kakofoniczną dźwiękową miazgę.
Świetnym dodatkiem do muzyki jest zachowanie muzyków na scenie. Trudno powiedzieć, że jest specjalnie żywiołowe, bo artyści są raczej statyczni, ale bardzo dobrze pasuje to do muzyki, którą grają. Finałem koncertu zespołu jest moment, w którym muzyka staje się już tylko zapętloną, głośną kodą, a członkowie grupy grają ją stojąc w miejscu, ale miotając się ze swoimi gitarami w coraz szybszym tempie i w wyraźnie widocznym zapamiętaniu. Wszystko zmierza do kulminacji, którą jest moment, kiedy hałas zwycięża nad ostatnimi śladami kontroli, muzycy wyłączają gitary i schodzą ze sceny, a echo ostatnich dźwięków na długo pozostaje w głośnikach i głowach słuchaczy. Tak się właśnie powinny kończyć koncerty zespołów, grających taką muzykę.
Trwa ładowanie komentarzy...