O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Slothrust „Crockpot”

Wyprzedaje koncerty w coraz większych salach, zachwyca dziennikarzy i publiczność, jest o niej coraz głośniej. Oto Leah Wellbaum i jej zespół.

Kiedy stoi się na jej koncercie i widzi ją, grającą na gitarze i wyrzucającą z siebie teksty swoich piosenek, kiedy widzi się jak publiczność w zachwycie, amoku, a może nawet i czymś w rodzaju transu, śpiewa każdą z nich od początku do końca, wiadomo, że coś jest na rzeczy i że nie ma się do czynienia z kolejną niewiele znaczącą wokalistką, której nie będzie się pamiętać już za kilka dni.
Rzeczywiście, wiele wskazuje na to że to przypadek szczególny, artystka, która ma sporą szansę wypłynąć na nieco szersze wody niż dziś. Nie za szerokie oczywiście, bo było nie było jej piosenki, ostre riffy i nie dające spokoju teksty, to jednak propozycja dość niszowa. Ale ma dziś za sobą wszystko: świetne piosenki, wielki szacunek swoich pierwszych fanów i rosnące wsparcie dziennikarzy i blogerów.
Slothrust to tak naprawdę przede wszystkim ona - Leah Wellbaum: kompozytorka, mocno utalentowana gitarzystka, która radzi sobie równie dobrze z głośnymi, brudnymi riffami, jak i klasycznymi solówkami, a także wokalistka obdarzona bardzo charakterystycznym, chropowatym, mocnym, niemal męskim głosem. A na dodatek - niezwykłą charyzmą: na scenie jest z pozoru wycofana i schowana, ale jednocześnie widać bardzo wyraźnie, że ma w sobie coś, co przyciąga uwagę i zachwyca. Czasem występuje samodzielnie, ale ostatnio chętniej staje na scenie wsparta przez sekcję rytmiczną, która nadaje jej piosenkom dodatkowej mocy.
Już trzy lata temu ukazała się ostatnia jak dotąd, druga w dyskografii, płyta jej grupy, album zatytułowany „Of Course You Do”, wydany przez szanowaną w świecie niezależnego grania wytwórnię Ba Da Bing! Album, który dopiero dziś zaczyna cieszyć się zasłużoną popularnością. Album, który wytrąca z błogiego poczucia, że każdą płytę można łatwo wpakować do jakiejś stylistycznej szufladki - z tymi piosenkami nie jest to takie łatwe. Czasem brzmi w nich pixiesowy indie rock, czasem - brytyjska tradycja gitarowego grania, czasem - mocniejsze gitary, wzięte niczym z płyt klasyków grunge’u, czasem zaś - klasyczny blues. Ta dziewczyna każdą swoją piosenką pokazuje, że nie jest ważny gatunek, ważne jest zupełnie co innego. I ona to coś zdecydowanie ma.
Trwa ładowanie komentarzy...