O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Savages „The Answer”

To, że nowa płyta tego zespołu może być znakomita, było wiadomo już od dawna. I bardzo dobrze, że te przypuszczenia potwierdziły się w pełni.

Kariera tego zespołu to samospełniający się sen: o sukcesie, o tym, że czasem wszystko może się udać, a przede wszystkim - o znakomitej muzyce. Grupa właśnie nagrała znakomitą płytę, którą z miejsca można wpisać na listę kandydatów do tytułu najlepszego albumu tego roku, a za chwilę zapewne wyruszy na trasę koncertową, żeby ją promować i da - tak jak przy okazji poprzedniego albumu - mnóstwo znakomitych występów. Wygląda na to, że w przypadku tego zespołu po prostu wszystko się udało. Jak to się stało?
Kiedy spojrzy się na całą - krótką, ale pełną mocnych momentów - historię tego zespołu, wyraźnie widać, że to połączenie wielkich talentów i kilku ciekawych pomysłów, odbiegających nieco od schematów, obecnych od lat na scenie muzycznej.
Wszystko zaczęło się mniej więcej na początku dekady, kiedy w Londynie spotkały się cztery dziewczyny zainteresowane słuchaniem, a potem - graniem alternatywnej muzyki. Po pierwszych próbach udało im się załatwić pierwsze koncerty i wydawało się, że wszystko pójdzie zgodnie z wielokrotnie przećwiczonym schematem i zaraz ukaże się debiutancka płyta grupy. Ale nic z tego. Już na tym etapie dziewczęta pokazały, że to, co robią, chcą robić po swojemu. Opublikowały więc tylko kilka utworów i skupiły się na graniu koncertów. Wchodząc do studia chciały mieć swój materiał dobrze ograny i sprawdzony. Efekt okazał się podwójnie ciekawy: raz, że grały naprawdę znakomite koncerty, dwa - kiedy wreszcie w 2013 roku ukazała się ich debiutancka płyta, zatytułowana „Silence Yourself”, okazała się wyśmienita. Spełniła wszystkie nadzieje i pokazała, że warto było czekać.
Na drugi album też trzeba było trochę poczekać - od premiery pierwszego minęły, było nie było, prawie trzy lata. Co prawda w międzyczasie dziewczęta wydały jeszcze wspólną płytę z formacją Bo Ningen, ale w żadnym razie nie można jej uznać za część właściwej dyskografii grupy, a tylko dodatek i ciekawostkę.
Nowa płyta nie jest może zaskakująca, dziewczęta trzymają się swojego brzmienia i swojego pomysłu na piosenki - ale dlaczego miałyby się nie trzymać, skoro i jedno, i drugie sprawdza się znakomicie. Na płycie znów jest kilka potencjalnych wielkich przebojów, znów jest mroczne i duszne brzmienie, znów odżywają najlepsze tradycje alternatywnego grania, jeszcze z lat 80-tych. A teraz pozostaje tylko czekać, kiedy ktoś ogłosi, że organizuje koncert zespołu w Polsce. Wczesną wiosną dziewczęta objeżdżają Europę, potem jadą do Stanów, tak żeby w sezonie letnim wrócić na stary kontynent i grać tu na festiwalach - na razie ogłosiły występy na barcelońskiej Primaverze i w duńskim Roskilde. A to na pewno dopiero początek znacznie dłuższej listy.
Trwa ładowanie komentarzy...