Hamilton Leithauser & Paul Maroon „My Reward”

Ta piosenka pochodzi z płyty zbyt błahej, żeby trafić na jakiekolwiek zestawienia najlepszych albumów. Ale to jeden z lepszych utworów 2015 roku. Bez dwóch zdań.

Ta krótka płyta ukazała się trochę znienacka, bez wielkich zapowiedzi i promocyjnego szaleństwa. Bo niby jaki miałby być do niej powód - ot, dwóch muzyków, którzy kiedyś grali w jednym zespole, spotkało się po latach, żeby nagrać kilka piosenek i wydać je na krótkiej epce. Koniec historii. Tym bardziej, że materiał, choć ciekawy, zdecydowanie należy do kategorii: „solowe płyty muzyków znanych zespołów” albo „okazjonalne projekty doświadczonych muzyków” - czyli płyt, których warto posłuchać, ale nie umywają się jednak do dzieł firmowanych przez macierzyste projekty swych autorów. Tak jest w tym przypadku.
Choć jest na tej epce jeden wyjątek. Ta właśnie piosenka. Z pozoru skromna i zwyczajna, a jednak ukrywająca w sobie potężną siłę i bardzo głębokie emocje. Piosenka, w której niemal minimalistyczny podkład instrumentalny opowiada historię ciekawą samą w sobie, bazującą na klasycznych brzmieniach, choć pobrzmiewającą egzotyką. A do tego dochodzi jeszcze mocny tekst, jak zawsze u tego autora lapidarny, choć nabrzmiały od głębokich namiętności. Trzeba przecież pamiętać, że ten utwór wyszedł spod ręki twórców piosenki „The Rat” - jednego z najmocniejszych i najbardziej przejmujących dzieł, które wygenerował świat muzyki rozrywkowej w ostatnim ćwierćwieczu, jeśli nie w całej swej historii. „My Reward” nie ma oczywiście aż takiej mocy, ale z całą pewnością robi wielkie wrażenie.
Twórcy tej piosenki i całej epki, na której się znalazła, Hamilton Leithauser i Paul Maroon, to muzycy znani z szeregów grupy The Walkmen, w której grali razem przez całą pierwszą dekadę nowego wieku. Grupy, która powstała z połączenia sił zespołów Jonathan Fire Eater, w której grał Maroon i The Recoys - tam stawiał swoje pierwsze muzyczne kroki Leithauser. Kiedy muzycy stawiali pierwsze kroki pod nową nazwą, zostali - niejako automatycznie - zaklasyfikowani do grona świeżych, ciekawych, „noworockowych” wykonawców z Nowego Jorku. To było dla nich bardzo korzystne, bo zapewniło znacznie większą rozpoznawalność. Nawet mimo tego, że każda kolejna płyta pokazywała, jak daleko pod względem muzycznym grupie The Walkmen do choćby Interpolu, z którym często stawiana była na jednej półce.
Kilka lat temu, po wydaniu w sumie siedmiu albumów, muzycy zdecydowali, że działalność formacji The Walkmen zostanie zawieszona. Wokalista zespołu postanowił działać na własną rękę - w 2014 roku wydał dość ciepło przyjęty album, zatytułowany „Black Hours”. Promując ten materiał zjeździł spory kawałek muzycznego świata, podróżując nie tylko po Stanach, ale odwiedzając także Europę. Wydanie płyty sygnowanej wspólnie ze swoim dawnym kolegą z zespołu było ruchem dość zaskakującym. Ale takim zaskoczeniom wypada tylko przyklasnąć.
Trwa ładowanie komentarzy...