Zespół o nietypowej nazwie jest w gruncie rzeczy przedłużeniem i rozwinięciem solowej działalności Willa Toledo, młodego muzyka, który pochodzi z małej miejscowości Leesburg w stanie Virginia, choć od jakiegoś czasu mieszka w Seattle. Gra na gitarze, komponuje i pisze teksty do swoich piosenek. Robi to bardzo dobrze, na dodatek robi to niemal hurtowo: do dziś opublikował własnym sumptem... dwanaście pełnowymiarowych albumów (choć prosi na swojej stronie internetowej, żeby pierwszych czterech nie brać pod uwagę, bo są słabe, tak czy owak: wciąż zostaje osiem).
Na festiwalu CMJ artysta okazał się na dodatek bardzo skutecznym frontmanem, który robi wrażenie nie tylko samymi swoimi piosenkami, ale także tym, co robi na scenie.
Co ciekawe i co świadczy o jego dużym talencie: żaden z kilku jego festiwalowych koncertów nie był taki sam, jak pozostałe. Toledo czasem grał swój materiał bardzo tradycyjnie, czasem budował zupełnie odmienne napięcie, przewracając do góry nogami kolejność utworów i zaczynając od takiego, który ewidentnie zdecydowanie bardziej pasował na finał występu, czasem zaś zupełnie odchodził od zaplanowanej wcześniej kolejności i narzucał swojej - bezbłędnej i bardzo energetycznej - sekcji rytmicznej odważne improwizacje. Był władczy, trochę kapryśny, pewny siebie - jak przystało na przekonującego frontmana. Pokazał, że ma osobowość. A to ważny - obok dobrych piosenek - warunek zaistnienia na scenie i zdobycia szerszej popularności. Ten artysta naprawdę ma na to spore szanse.
